Zasługa nocy - fragment

FRAGMENT POWIEŚCI


Dzień pierwszy – niedziela 24 października


Kamienica na Koszykowej. Minęło pięć długich lat od kiedy z kolejnych pięter wyprowadzili się wszyscy najemcy – kilka miejskich urzędów, prywatna firma.
Aldona Bielska przez blisko trzy dekady sprzątała tu schody i biura. Nowy, prywatny właściciel sprawił, że na tętniących życiem piętrach zagościły marazm i pustka. Kobieta zachowała dwupokojową służbówkę na parterze, kosztem trwającego lata procesu, a właściwie dwóch. Jeden wytoczył jej nowy kamienicznik, o bezprawne użytkowanie lokalu. W drugim Aldona oskarżyła magistrat za to, że oddał budynek nie zapewniwszy godnego bytu swojej wieloletniej pracownicy.
Bielska musiała poszukać sobie innych mieszkań do wysprzątania. Wracając wieczorem w stare mury czuła się co najmniej nieswojo. Niespodziewane stuki w ścianach, stękania posadzek nieraz wyrywały ją ze snu, sprawiając, że jeszcze długo leżała z bijącym sercem, wpatrzona w sufit, nad którym wznosiły się piętra ziejące martwotą.
Tego niedzielnego popołudnia Bielska sprzątała podwórze. Z czystego przyzwyczajenia i wrodzonego zamiłowania do porządku zamiatała okolice śmietnika, zbierała do worków liście opadłe z rosnącego centralnie kasztana. Coś kapnęło na kurtkę. Wściekła machnęła miotłą w kierunku lecącej wrony, wiedząc, że nie dosięgnie ptaszyska. Śledziła lot czarnych skrzydeł, zła na stwórcę, który wydał na świat te niewdzięczne stworzenia. Zauważyła, że siwy ptak usiadł na balustradzie balkonu na czwartym piętrze. Rozejrzał się niczym złodziej planujący włamanie, rozcapierzył skrzydła i jak gdyby nigdy nic wpadł przez uchylone drzwi balkonowe wprost do środka. Przeklęty dziki lokator. Kto tam zostawił otwarte drzwi?
Wróciła do siebie. Mąż, do którego zadzwoniła, kazał jej wezwać gliny. Bielska nie posłuchała od razu. Rozklekotaną windą pojechała na czwarte piętro. Chciała sprawdzić, czy drzwi do lokalu są zamknięte. Nowy właściciel zmienił wszystkie zamki i nie pofatygował się, aby zostawić jej zapas.
Zapukała, nacisnęła klamkę. Bez rezultatu. Wróciła na poziom parteru i znów wyszła na wewnętrzne podwórze. Do mieszkania właśnie wleciały dwie nowe wrony. Zaniepokojona poszła zadzwonić do obecnego właściciela. Ale jego telefon milczał.


Trwała niedzielna sesja jazzowa w klubie Tygmont, na Mazowieckiej. Wielki Majk podszedł do sceny akurat w trakcie dość długiego pasażu, który Witczak wykonywał na swoim saksofonie altowym. Barman zrobił gest słuchawki przy uchu po czym wrócił do nalewania trunków. Gitarzysta stojący obok Witczaka zgrabnie przejął temat i przepuścił kolegę, nagradzanego skromnymi brawami publiczności.
Witczak, zwany przez podkomendnych Zerem, dopił jeszcze ostatni łyk drinka o skomplikowanej angielskojęzycznej nazwie, której brzmienia nigdy nie potrafił zapamiętać i narzucając krótką kurtkę podszedł do czekającego nań przed wejściem samochodu. Za kierownicą siedział Tymański, zwany Hifem, jeden z podwładnych Witczaka. Mężczyzna ledwo mieścił się w kokpicie Opla.
– Jest dwunastak – oznajmił.
Hif, trąbiąc na taksiarzy, parkujących niezgodnie z przepisami, wyminął ich oklejone reklamami korporacji gabloty i ruszył w kierunku Kredytowej.
Z klubu „Subway” odebrali trzeciego członka zespołu.
– Która godzina, awruk anolodreip? – zawołała sadzając swoje chude ciało na tylnym siedzeniu opla. Cyna znana była ze swej umiejętności mówienia wspak. Dzięki niej mogła sobie pozwolić na niecenzuralną jazdę nawet przy komendancie. Nieodmiennie pozostawiała go z wyrazem konsternacji na twarzy.
– Naganiacz dzwonił – tłumaczył Hif. – Ściągają nas, bo nocny dyżur jest zajęty przy Rosołowskiej. – Cyna wzruszyła ramionami. Zgon przebrzmiałej gwiazdy polskiego kina, o którym zdążył już zaszumieć Internet, jakoś mało ją obszedł.


Na Koszykowej, tuż przy placu na Rozdrożu, czekał na nich patrol. Dwóch zdenerwowanych krawężników w towarzystwie Aldony Bielskiej, byłej gospodyni.
– Co jest panowie? – rzucił Hif, kiedy wysiedli z krzywo zaparkowanego opla.
– Pani opowie – poprosił Aldonę ryży chudzielec w przekrzywionej czapce. Wymienili z kolegą zmieszane spojrzenia.
Bielska powtórzyła historię o otwartym oknie i wronach. Witczak zapalił. Hif przeprosił Aldonę i odciągnął obu mundurowych na bok.
– Co wy, kurwa, w kulki sobie gracie? Po to ja komisarza zrywam z łóżka w środku nocy, żeby słuchać o jakichś srokach? – ględził. Odwrócił się do Zera. – Przepraszam. Naganiacz gadał, że trup.
Witczak wzruszył ramionami.
– Jak już jesteśmy, to zajrzymy – zdecydował.
– Może ja wyjaśnię – rozepchała się Bielska. – Te wrony to idą do padliny. Zawsze. A mieszkanie jest zamknięte. Właściciel nie odbiera telefonów.
– Dostęp? – rzucił Hif. Obaj młodsi aspiranci znów spojrzeli na siebie. Nie odpowiedzieli.
– Pani prowadzi – zarządził Tymański.
Przeszli ciemnym korytarzem.
– Żarówka poszła – sarknęła Bielska. – Ta kutwa, właściciel, nawet grosza nie da.
Wyszli wąskimi drzwiami na wewnętrzne podwórze, klasyczną studnię. Witczak spojrzał na zaciemnioną pierzeję. Aldona wskazała na balkon. Coś tam rzeczywiście się kotłowało. Z piętra dochodziły ponure skrzeki i śmiechy.
– Kurwa – rzucił Hif. – Mówi pani, że drzwi zamknięte? – Bielska kiwnęła głową.
– Z dachu by trzeba, awruk – wtrąciła swoje Cynowska.
– Ma pani klucz na ten dach? – spytał Witczak. Bielska pokazała gestem, aby iść za nią.



Wjechali windą na szóste piętro. Przez niskie drzwi weszli do zatęchłego pomieszczenia o pochyłym stropie. Ostre światło gołej żarówki sprawiało, że wszyscy rzucali ekspresjonistyczne cienie. Witczak i Hif mieli latarki. Bielska otworzyła klapę i pokazała drogę.
– Szkoda, że mąż w trasie. Zwierzęta wozi do rzeźni – wyjaśniła, choć nikt jej pytał. – Pójdzie pan przy krawędzi. Tam – wskazała palcem - można się spuścić na balkon piątego. Potem już łatwo.
– Spuścić się, mówi pani. Pewnie nie ma pani żadnej liny? – spytał jeszcze Hif.
– Może by strażaków wezwać? – odezwał się ten ryży. Witczak zaśmiał się skrzekliwie, jak wrona.
– Dajesz – rozkazał Zero. – Ja za tobą.
Hif poślizgnął się na metalowym poszyciu dachu, ale Zero go przytrzymał.
– Ślisko, kurwa – skomentował pierwszy. Ruszyli. Krok za krokiem, pochyleni, łapiąc się wystających rur wentylacyjnych. Hif włożył sobie latarkę do ust i po chwili poczuł jak ślina zalewa mu brodę. Dotarli do wskazanego przez Bielską miejsca. Tymański spojrzał w dół i kiwnął głową. Wyjął latarkę z ust, wytarł o rękaw, poświecił. Ostrożnie klęknął na blasze, położył się, spuścił jedną nogę a potem drugą. Witczak go ubezpieczał chwytem za kołnierz. Nagle coś trzasnęło i Tymański wyrwał się Zerowi. Poleciał w dół. Klapnął tak mocno, że cały dach się zatrząsł.
– Żyjesz? – z nutą zaciekawienia w głosie rzucił Zero.
– Rynna poszła – skomentował Hif.
Witczak opuścił się w ślad za Tymańskim. Była mroźna, październikowa noc, a obaj spocili się jak bobry w żeremiach.


Hif zeskoczył na drugi balkon. Wtedy rozpętało się piekło. Wrony podniosły alarm, przez wąskie drzwi przeleciało hurtem kilkanaście opierzonych ciał, zbrojnych w dzioby i pazury. Tymański wrzasnął, mało co nie przeleciał przez niską barierkę. Młócąc powietrze wielkimi jak cepy łapami oganiał się od muskających go mokrych piór. Smród. Wreszcie cisza. Kraczące potwory zniknęły gdzieś na nocnym niebie. Hif poczuł słodkawy zapach, który przywabił padlinożerców.
– Żyjesz? – ponownie spytał Witczak. W świetle latarki przez chwilę widział tylko kłąb opierzonych, czarno siwych ciał i trzepoczące ręce podwładnego.
– Kurwa – powtórzył swoje zaklęcie Tymański. Splunął. – Pióra mam w ustach.
– Zrób mi miejsce – poprosił Witczak. Zeskoczył.
– Co jest, awruk? – z dachu krzyknęła Cyna, która poszła ich śladem.
– Wracaj na piętro, otworzymy od środka – odpowiedział Hif. – Poradź młodemu, żeby zabrał z dołu maskę gazową.



Ptaki zasrały całą podłogę. Światło nie działało. W korytarzu tłukła się o ściany samotna wrona, nie mogąc znaleźć wyjścia. Hif przydeptał zwierzę nogą, z satysfakcją złamał mu kark. Obeszli osiem pomieszczeń. Oprócz jednego wszystkie były puste, nawet bez mebla. Ostatni pokój zastali urządzony. Skromnie – spanie, wieszak, komoda, stół. Obok niewielka kuchnia. Tymański poświecił na łóżko. Nos podpowiadał, że Bielska miała rację. W pościeli leżał trup. Nagi mężczyzna z twarzą wyjedzoną przez ptaki. Ślady uczty widoczne były na całym ciele. Wrony nie przebiły się na szczęście do jelit, bo wtedy to fetor, a nie zwierzęta zaalarmowałyby gospodynię. Hif poszedł otworzyć drzwi. W progu stała Cynowska, a za nią młodszy aspirant w masce.
– Do końca korytarzem i w lewo – wytłumaczył Tymański. Po chwili usłyszeli charakterystyczne dźwięki człowieka topiącego się we własnych rzygach. Hif zdusił złośliwy śmiech. Chłopak wybiegł na klatkę schodową i wylał z naprędce zsuniętej maski przegląd ostatnich posiłków.
– Wezwij kogo tam trzeba – zarządził Zero.



Najchętniej daliby sobie spokój z pogotowiem, ale ktoś od nich musiał stwierdzić zgon. Tymański obudził prokurator Malicką a Zero wezwał Henia.
Zakontraktowany przez policję lekarz patolog był zaskakująco przystojnym mężczyzną o delikatnych dłoniach. Witczak za każdym razem, kiedy się spotykali zachodził w głowę, czemu ktoś tak elegancki nie został znanym chirurgiem plastycznym albo ginekologiem? Czemu wolał plasterkować mózgi i kroić wątroby?
– Pieprzony ornitolog – mruknął Henio na wstępie. Chłopaki z Cynowską przynieśli z bagażnika czekające tam na taką okazję lampy na statywach.
Przystąpili do swoich zadań. Cyna zdążyła zebrać ślady i obfotografować miejsce zdarzenia zanim przyjechał Henio. Tymański spisywał swoje kwity. Witczak miał pójść z Bielską zbudzić sąsiadów z zamieszkanej kamienicy przy Alei Przyjaciół. Jej okna wychodziły na trefne podwórze.
Ale czekał na prokurator Malicką. Drobna brunetka o dużych, kasztanowych oczach, której wiek Witczak oceniał na kilka lat przed czterdziestką, sprawiała, że Zero pocił się w dziwnych miejscach. Lubił ją, jako współpracownika, równocześnie Malicka odgrywała główne role w niejednej fantazji, jakie snuł nocą tuż przed zaśnięciem. Z reguły Witczak nie mógł już spać po tych fantazjach. Nie był w niej zakochany. Dawno temu uznał, że w jego życiu nie było po prostu miejsca dla tych, typowych dla wczesnych lat młodości zapatrzeń. Malicka zaś była szczęśliwą mężatką. Nigdy też nie doszło między nimi do czegokolwiek więcej jak tylko do przyjacielskiego flirtu, który sprowadzał się do przekomarzań w temacie starokawalerstwa Witczaka i dyspozycyjności Malickiej. Lubiła go. Czasem omawiali sprawy zawodowe na mieście, przy kawie lub jedząc lunch w knajpce z żarciem z Indonezji.
Tego wieczoru na kolację były krewetki. Malicka lubiła połykać ogonki. Witczak je dostrzegł i przyłapał się na zazdrości. Rzygała w kącie. Patrzył na nią z rozczuleniem.
– Przepraszam – szepnęła, przecierając usta rękawem bluzy. O tej porze Witczak gotów był jej wybaczyć wszystko. Najchętniej by przytulił, ale musieli wracać na Ziemię.
Cyna w sąsiednim pokoju spisywała protokół oględzin trupa.
– Jak długo tu leży? – rzuciła Malicka do Henia.
– Jakieś dwa dni – odpowiedział.
– Co o tym wszystkim myślisz? – spytała odruchowo bekając.
– Dziwne – odpowiedział.
– Sprecyzuj Henio, nie mamy całej nocy – poprosił Witczak.
– Niektóre rany wyglądają na zadane przyżyciowo – patolog wskazał na twarz.
– Wyjadły mu gałki na żywca? – zdziwiła się Malicka.
– I nie bronił się? – dopowiedział zaskoczony Tymański.
– Nie znalazłam żadnych dragów – skomentowała Cynowska.
– Toksykologia da nam odpowiedź – spuentował Henio.



Witczak zajmował czteropokojowe mieszkanie na parterze piętrowej willi przy ulicy Sobieskiego. Dom był ruiną. Wieloletnie spory własnościowe sprawiły, że nieremontowany budynek popadał w zniszczenie. Otoczony dzikim ogrodem, który nie izolował mieszkańców ani od hałasów ulicy ani zapachów dochodzących z sąsiedniej restauracji przypominał chatkę czarownicy albo dom Normana Batesa z Psychozy.
Zero zajrzał do salonu, gdzie na kanapie leżała śpiąca kobieta. Pilot w jej dłoni celował w ekran telewizora. Migały tam nocne konkursy, ładna dziewczyna przy tablicy z wielką krzyżówką zapewniała o „otwartej linii”.
Kobieta sapała przez sen. Witczak spojrzał na nią z mieszaniną współczucia i obawy. Z żalem przyznawał, że ich dawny związek przypominał raczej szereg manewrów unikających. Określenie związek było zresztą bardzo na wyrost, rzadko dzielili sypialnię, bajka przeszłości. Po prostu mieszkali razem, wyświadczając sobie nawzajem codzienne przysługi. Witczak opłacał rachunki, ona gotowała, prała, kiedyś czasem szła z nim do łóżka. Z większą hojnością obdarzała Zera ironią i sarkazmem, zapewne obwiniając Witczaka o własne niepowodzenia. Bezsilny wobec jej kobiecości, starał się bywać u siebie jak najrzadziej. Tym sposobem widywali się głównie wtedy, gdy jedno bądź drugie już spało. Jak dzisiaj.
Zero usiadł w kuchni i przy włączonej lampce nastawił wodę. Zapalił. Nigdy nie miał problemów z alkoholem, jak jego ojciec. Popadł jednak w uzależnienie od tanich fajek z przemytu. Popielniczka na stole zawsze zapełniała się podczas jego nocnych nasiadówek. Trudności ze snem wyniósł z domu rodzinnego, prawdopodobnie dziedzicząc je po matce, która skończyła z o wiele poważniejszymi problemami na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego. Ale wszystko zaczęło się właśnie od bezsenności. Witczak wiedział, że z powodu genetycznego obciążenia stał na równi pochyłej. Ze względu na chorobę ukrytą w komórkach jego mózgu niegdyś zrezygnował z życia osobistego, zastępując je protezą w postaci Małgorzaty. Nie chciał mieć dzieci. Kombinował, że nawet, jeśli sam nie zachoruje, z pewnością mógłby przekazać chorobę potomstwu. Lekarz matki uspokajał, zapewniał, że choroba powinna ujawnić się w okolicach trzydziestki, groźba dziedziczenia właściwie też była dyskusyjna.
Teraz Witczak osiągnął już wiek, w którym pozostawił za sobą myśli o założeniu rodziny. Jego zdaniem było już po prostu za późno i właściwie przyjął ów moment, kiedy przekroczył czterdziestkę z ulgą. Wierzył, że pewne decyzje były już poza nim, mógł zająć się pracą.
Właśnie wtedy, aby uczcić ten moment, a może uciszyć wyrzuty sumienia, wybrał się w tą swoją niefortunną podróż po Hiszpanii, kraju ulubionej lektury dzieciństwa: „Don Kichota”. Spędził tydzień w deszczu, gapiąc się z niedowierzaniem na sewilską Giraldę, minaret przemieniony w dzwonnicę katedry. Musiał przebyć trzy i pół tysiąca kilometrów, aby dowiedzieć się, że stalinowski Pałac Kultury i Nauki w Warszawie miał swoje korzenie w kulturze rekonkwisty! Niesamowite. Od tamtej podróży widok tego najwyższego budynku rodzinnego miasta, wybudowanego zgodnie z socrealistycznymi kanonami nieodmiennie przenosił go do La Manczy i na równiny Estremadury.
Natomiast sam pobyt w Andaluzji Witczak uznał za szereg porażek: nie potrafił porozumieć się z kelnerami, hotel okazał się zamokłą dziurą z przeciekającym dachem i obskurnymi łazienkami, pogoda była najgorsza od lat. Zrażony do zagranicznych wojaży Witczak naprędce przebukował bilet lotniczy i resztę wolnego czasu spędził w starej daczy rodziców pod Piasecznem, zajadając się gruszkami.
Wypiwszy herbatę i skończywszy drugą tego dnia paczkę sprawdził godzinę i poszedł do sypialni. Była piąta trzydzieści. Na siódmą był umówiony w wydziale.



Po odstawieniu Witczaka Hif podrzucił Cynowską na Sadybę, po czym przejechał Mostem Siekierkowskim na drugą stronę Wisły, zjechał na Wał Miedzeszyński a następnie po dwóch kilometrach skręcił na lewo, zagłębiając się w osiedle domków jednorodzinnych. Zaparkował pod jednym z nich, pilnie strzeżonym przy pomocy dwóch systemów czujników ruchu i kamer.
Podszedł do bramy i wklepał na klawiaturze domofonu kod. Zamek w furtce wydał pojedynczy pisk, Hif pchnął skrzydło furtki, wszedł do ogrodu, dokładnie zamykając za sobą wejście na posesję. Z ciemnego ogrodu zamrugały do niego ostrzegawczo diody czujników, wydając z siebie dźwięki podobne do szarańczy. Mężczyzna wszedł na ganek i ponownie wklepał na klawiaturze następną kombinację cyfr, drzwi ustąpiły, policjant wszedł do sieni, gdzie kamera zlustrowała jego oblicze, oświetlając je ostrym promieniem z lasera ukrytego za pancernym szkłem. Wreszcie otworzyły się ostatnie, najsolidniejsze drzwi i Hif znalazł się w swoim królestwie. Pierwsze kroki skierował do aneksu kuchennego, gdzie dobrał się do doskonale zaopatrzonej lodówki. Sprzęt był potężnych rozmiarów. Za każdym razem, kiedy Hif otwierał jedne z drzwi tej lodowej szafy pewien był, że mógłby w jej wnętrzu przeżyć atak atomowy, niczym w bunkrze. Nieco marudził nie wiedząc, na który z piętnastu gatunków piwa belgijskiego miał ochotę (wybrał piwo miętowe), zamknął drzwi części przeznaczonej wyłącznie na trunki, otworzył drugą, pobrał uwielbianą wiejską kiełbasę i opuścił aneks. Agata, do której należał dom, chrapała w sypialni.
Hif udał się swoją ścieżką do sali kinowej, gdzie zaczął przebierać w płytach dvd. Kolekcja kina fantastyczno naukowego zajmowała całą ścianę pomieszczenia. Po chwili z głośników ryknęły fanfary wytwórni 20th Century Fox, po czym ekran pięćdziesięciocalowego ciekłokrystalicznego telewizora zalała czerń kosmosu. Rozpoczął się seans filmu Obcy III, wersji reżyserskiej. Hif doskonale znał to dzieło, była to jego ulubiona seria, dlatego wypiwszy piwo i pożarłszy pęto kiełbasy zapadł w niespokojny sen.


Po drugiej stronie Wisły, w trzypokojowym mieszkaniu na piątym piętrze wieżowca z lat siedemdziesiątych, wybudowanym w systemie o nazwie „rama H” Cyna starała się nie zbudzić śpiącej w sypialni Anki, dziewczyny, którą poznała trzy miesiące wcześniej w knajpie Mandarynka.
Znajomość rozwijała się dynamicznie. Zdążyły już dwa razy zerwać i kolejne dwa razy zejść się, wieńcząc każdy okres niezgody namiętnym seksem na wielkim łóżku zakupionym w IKEI. Związek z Anką był szóstym z kolei w ciągu dwunastu lat, jakie dzieliły Cynę od wyprowadzki z mieszkania matki, mieszczącego się na ulicy Stefana Bryły w jednym z potężnych mrówkowców na Służewcu.
Cyna przyzwyczaiła się już do tych ciągłych zmian w swoim łóżku. Ich przyczyna nie leżała w zmiennym charakterze dziewczyny, ale w jej nienasyceniu. Miała naturę zdobywcy, zdążała do ideału, marzyła o Claudii Schiffer w swojej pościeli. Z początku podrywała same brzydule, ciesząc się, że w jej sytuacji w ogóle ktoś chciał spędzić z nią noc.
Tak naprawdę Cyna nie była lesbijką, ale mężczyzną w ciele kobiety. W swojej sytuacji zorientowała się dość wcześnie, jeszcze w szkole podstawowej. Zainteresowanie dziewczynami zmuszona była stłumić aż do dwudziestki, kiedy powiedziała „dość” tłamszącej ją matce. Wyprowadziła się do wynajętego mieszkania i rozpoczęła życie na własny rachunek.
Dorywcze prace w nocnych klubach szybko sprawiły, że otarła się o narkotyki. Udało jej się jakoś pozbierać. Wstąpiła do służby, nawiązała współpracę z ruchem obrony kobiet. Kilka miesięcy współpracowała z Fundacją Itaka, zajmującej się zaginionymi. Wciąż szukała jednak czegoś więcej, przyciągały ją sytuacje skrajne. W fundacji spotkała inną policjantkę Marlenę, z którą nawiązała krótki romans. Marlena, najbrzydsza z jej partnerek, skontaktowała Cynę ze swym przełożonym. Ich zespół rozpracowywał właśnie gang Marszałka, Łotysza, którego podejrzewano, że werbował pracownice do burdeli w Niemczech. Cyna znalazła wreszcie swoją niszę. Namówiła szefa Marleny na współpracę. Przekonała go, że nawiąże kontakt z Marszałkiem. Werbunek miał kilka postaci. Jeden ze sposobów polegał na wywożeniu dziewczyn do legalnej pracy w RFN. Na miejscu zaczynały się problemy, narastały długi wobec pośrednika, który proponował prostytucję jako formę spłaty pożyczonych pieniędzy. Wraz z mijającymi miesiącami okazywało się, że z powodu absurdalnie narastających procentów zaciągniętych długów nigdy nie uda się spłacić. W ten sposób zamykało się przeklęte koło, z którego nie było już żadnej ucieczki.
Drugą metodą, stosowaną przez Marszałka i jego ludzi, były porwania. Cynę, kiedy już zaczęła się kręcić wokół Łotyszy, napojono alkoholem z pigułką gwałtu a następnie zgarnięto z ulicy. Najpierw siedziała zamknięta w piwnicy jakiegoś domu. Potem wywieźli Agnieszkę w schowku na tirze do Niemiec.
Całe to piekło nie upiększyło wcale jej duszy. Przeciwnie: nadało psychice Cyny rys zapiekłej nienawiści do przemysłu erotycznego i związanych z nim mężczyzn. Tamta akcja zakończyła się sukcesem, ale Agnieszka nie była już tym samym człowiekiem. Porzuciła myśli o poddaniu się operacji zmiany płci. Postanowiła, że pozostanie kobietą. Lesbijką. W sferze jej prywatnych marzeń znalazła się kobieta podobna do Claudii Schiffer w jej własnym łóżku.
Po powrocie do Polski i otrząśnięciu się z depresji napisała raport z wnioskiem o przeniesienie do kryminalnych. Otrzymała poparcie przełożonego Marleny, zdała wszystkie testy. Zdecydowała też o rozpoczęciu studiów zaocznych. Poszła na prawo. Cynowska zrzuciła ubranie na podłogę sypialni, przeciągnęła się, ziewnęła i wkradła do łóżka, aby wtulić się w pachnące nocą ciało Anki



Dzień drugi – poniedziałek 25 listopada


O siódmej trzydzieści usiedli, aby pogadać, zanim rozejdą się do dziennych obowiązków. Przy kawie i papierosach sprawdzali wypełnione nocą papiery. Przeglądali notatkę załogi mundurowej, protokół przyjęcia zgłoszenia, zapiski z przepytania lokatorów z Alei Przyjaciół, szkice Cynowskiej.
– Zrobimy tak – zarządził Zero. – My z Hifem wracamy do kamienicy i gadamy z kim jeszcze się da. Cyna, ty wyciągnij z nory tego kamienicznika, jak mu tam?
– Jens Schmidt, szkop – przeczytała z notatek.
– Znajdź faceta. Chcemy z nim porozmawiać.
– Myślicie, że to morderstwo? – rzuciła Cynowska.
– Tak, winne są kruki – podsumował Tymański. – Nienawidzę ścierwa.
– Wrony – odpowiedziała Agnieszka. – Myśliwy mógłby wiedzieć.
– Chuj ci w dupę – zakończył Hif.
– Chciałbyś – mruknęła Cyna, a Tymański posłał Witczakowi znaczące spojrzenie. Nie chciałby, za żadne skarby.
Witczak musiał pojechać na sekcję. Zadzwonił do Henia i dowiedział się o termin. Mięli czas do czternastej.



Zero oddał inicjatywę Hifowi, który na działaniach operacyjnych zjadł zęby. Na początek jeszcze raz przepytali Aldonę Bielską. Sprzątaczka nie zapamiętała niczego szczególnego. Tłumaczyła, że w piątek rano, jak co tydzień, wyjechała do córki mieszkającej w Wołominie. Wróciła w niedzielę rano i sprzątając podwórze zwróciła uwagę na otwarte okno. Wcześniej, jak twierdziła, nigdy nie zauważyła, żeby coś działo się na czwartym piętrze. Owszem, czasem nocami dobiegały ją dziwne dźwięki ze starej kamienicy, ale zawsze uznawała, że najprawdopodobniej to duchy.
– Duchy?
– No wiecie, po wojnie w kamienicy działało UB – wyjaśniła. – Wiele ludzi zginęło w piwnicach.
– Proszę czekać na nasz telefon. Jeszcze porozmawiamy – zakończył przepytanie Tymański.
Następnie odnaleźli gospodarza kamienicy, której okna wychodziły na podwórze i mieszkanie z trupem.
Razem z Cegielskim, bo tak nazywał się cieć, chodzili od drzwi do drzwi. Tam, gdzie nikogo nie zastali, zostawiali kartki z prośbą o kontakt.
Rozmawiali z trzema lokatorami.
Pierwsza była tęga kobieta w wieku około sześćdziesięciu lat. Zaprosiła ich do środka. Mieszkanie było niedawno remontowane, Witczak podziwiał elegancję i szyk: umeblowanie w stylu zdaje się Ludwika Filipa, mahoniowe biedermeiery w salonie, fotele medalionowe.
– Tak, tam coś się działo, proszę panów – potwierdziła częstując herbatą, o którą nie prosili.
– Co, proszę pani?
– Wiem, że kamienica stoi pusta. Nowy właściciel wywalił wszystkie urzędy i dał zaporowe ceny.
– Co pani widziała? – sprecyzował Hif.
– Okna zawsze były zasłonięte żaluzjami. A jednak prześwitywało światło. Takie migocące.
– Kominek?
– Świece. Pomyślałam, że ma tam garsonierę. Ten kamienicznik.
– Czy dostrzegła pani coś podejrzanego? Jakichś konkretnych ludzi?
– Nie. Po prostu czasem te świece. Mniej więcej raz w miesiącu. Zawsze w weekendy. Mąż żartował, że to Stara Dama – odpowiedziała.
– Mąż widział jakąś kobietę? – spytał Witczak.
– Nie. On konfabuluje. Stara Dama to taki duch. Mój mąż lubi mnie straszyć.
– W tamtym mieszkaniu jest balkon. Może widziała pani, że ktoś otwierał drzwi i wychodził? Na przykład zapalić?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Latem na kasztanie jest tyle liści, że w ogóle nic nie widać – wyjaśniła. – A zimą…nie, nie pamiętam nikogo.
– A jeśli chodzi o ostatnie dwa dni. Nic dziwnego pani sobie nie przypomina?
Milczenie.
– Dużo wron tu ostatnio lata – podpowiedział Hif.
– No właśnie! – podjęła – W piątek w nocy to taka się chmara zerwała, jakby ktoś w nie strzelał.
– O której godzinie?
Kobieta obdarzyła uważnym spojrzeniem plamę na liściu rośliny stojącej na parapecie.
– Trzecia piętnaście.
Podziękowali i ruszyli do drzwi. Witczak zatrzymał się w progu.
- Mam jeszcze jedno pytanie.
- Tak, słucham?
- W ostatni piątek, albo sobotę widziała pani te płomienie świec?
Kobieta zaprzeczyła kiwnięciem głową.
Podobne rezultaty uzyskali przepytując kolejne dwie osoby. Tajemnicze światła, narzekania na ptaki. I niewiele więcej. Zapisali telefony i poinformowali, że jeszcze się odezwą.
Następnie udali się do sklepu, z którym sąsiadowało wejście do kamienicy. Ekspedientka, owszem, pamiętała urzędników i pracowników firm, kiedy jeszcze funkcjonowały, ponieważ czasem robili tu zakupy artykułów biurowych. Nic więcej.


Schmidt wpatrywał się zszokowany w zdjęcia, które podsunął mu Witczak.
– Rozpoznaje pan kamienicę? – spytał Zero. Schmidt zamknął oczy. – Albo ofiarę?
– Ja nic nie hozumieć – wysapał Niemiec. Tymański z całych sił walnął łapą w blat biurka.
– Jak to nic nie rozumiesz, kurwa? – krzyknął. – To twoja kamienica! Zabiłeś go czy nie?
Niemiec spojrzał z przerażeniem w brodatą twarz Hifa. Nie był przygotowany na krzyki.
– Jestem podejrzana? – spytał dla pewności.
– Spokojnie – zapewnił Witczak. – Chcemy tylko dojść prawdy.
– Współpracuj, człowieku, kurwa, słyszysz? – wrzasnął Hif.
– Ja zawsze współpracować z władza – odpowiedział Niemiec.
– Od kiedy biuro stoi puste?
– Od zawsze. Kupić rok temu. Wcześniej nie wiedzieć – Schmidt wyjął komórkę, nerwowo przeglądał kontakty. – Schaisse! – przeklął, sięgnął po gruby wizytownik. Wyrzucił na blat biurka wszystkie kartki. – O! To poprzedni właściciel.
Witczak spojrzał na wizytówkę. Jakub Wiman.
– Zatrzymujemy to – Hif schował kartkę do teczki. – Dobra, teraz się spowiadasz. Ostatnie trzy dni. Godzina po godzinie!
– Tak, tak! – Schmidt gorliwie sięgnął po kalendarz. Walnął się w czoło. – Muszę zadzwonić po asystentka! Ona musi przywieźć moja leki. Jestem sehcowa!



Dzień trzeci – wtorek 26 listopada


Rano Cynowska dodzwoniła się do Jakuba Wimana, od którego Schmidt odkupił kamienicę na Koszykowej. Poprosiła go o przyjechanie do Komendy. Facet oczywiście się stawiał, więc zaproponowała, że wyśle po niego patrol. Obiecał, że zjawi się w ciągu pół godziny. Czekając palili w pokoju Witczaka.
– Przebieg wydarzeń. Co wiemy? – zaproponował Zero.
– Pokój jest urządzony. Wygląda na ciche gniazdko. Dowiedzmy się czyje, a będziemy mieć tożsamość ofiary. Mam nadzieję – odpowiedział Hif.
– Wiecie, co? – odezwała się Cyna. – Bielska moim zdaniem ściemnia. Jak mogła nie wiedzieć, że jacyś ludzie regularnie tam łażą.
– Trzeba kobietę przycisnąć, racja – poparł ją Hif.
– Dobra, a sam trup? – odezwał się Witczak. - Widzę dwa scenariusze. Facet przyćpał. Henio powie nam czym. Walnął się w łeb, stracił przytomność, pojawiły się wrony – dywagował.
– Wrony nie sępy. Nie jedzą tylko padliny – sięgnął do głębin swojej wiedzy łowieckiej Tymański. – Polują na inne ptaki.
– Wyobraźcie sobie. Facet, naćpany, leży na golasa na łóżku przy otwartym oknie. I co? Tak po prostu obsiadają go wrony? Jakoś nie przypominam sobie, żeby gawron zaglądał mi do okna jak ostatnio leżałem nawalony w sypialni. Coś jest nie tak – skomentował Witczak.
– Zwłaszcza, że facet nie był padliną, jak stwierdził Henio.
- Więc mamy drugi scenariusz. Facet na łóżku był więźniem. Nie znaleźliśmy w środku kluczy od mieszkania. Ktoś go porwał, podał mu dragi, zostawił otwarte okno, zamknął.
- Pomyślałem… - przyznał się Hif.
- Gratuluję…
- Dzięki. Pomyślałem, że wrony były częścią planu. Sąsiadka zapamiętała, że w piątek w nocy ktoś wystraszył ptaszyska. Może sprawca bał się, że dragi przestaną działać i wrócił, żeby podać kolejną dawkę.
- Musimy to jeszcze udowodnić – podsumował Zero.
Do pokoju wszedł posterunkowy z Wimanem.
Poprzedni właściciel parceli i budynku, mężczyzna po pięćdziesiątce, ze szczegółami opisał bój, jaki latami toczył z miastem o kamienicę. Rzucał nazwiskami, w większości o obco brzmiącym brzmieniu, wymieniał prawników i członków organizacji zrzeszających bojowników o zwrot nieruchomości dawnym właścicielom.
– Dlaczego wyrzucił pan wszystkich lokatorów? – przerwał mu Witczak.
– Tam nie było lokatorów, dzięki Bogu, ale najemcy. Biura, urzędy. Zaproponowałem im ceny rynkowe plus czterdzieści procent – przyznał bez wstydu.
– Z tego, co wiedzieliśmy jakoś nie znalazł pan chętnych na zajęcie pustych pomieszczeń.
– Prowadziłem parę negocjacji, ale… – westchnął. – Na ogół odpowiadali, że za niski standard. Musiałbym zainwestować w przebudowę, więc sprzedałem całość.
– Interesuje nas czwarte piętro – kontynuował Witczak i podsunął zdjęcie miejsca zdarzenia. Przez twarz Wimana przebiegł wyraz zdziwienia i obrzydzenia. Udawany? Trudno stwierdzić. Witczak zdecydował, że naturalny. – Kto zajmował je wcześniej?
– Jakaś inspekcja, nie pamiętam. Sprawdźcie w urzędzie miasta – skrzywił się.
– Dlaczego procesował się pan z Bielską? – Aldona zdążyła im wczoraj to i owo opowiedzieć.
– Nie chciała opuścić mieszkania. To miasto powinno zapewnić jej lokal zastępczy. Uparta kobieta, mieszka tam do dziś – wyjaśnił. – Wiemy – odezwał się Hif.
– Czy ma pan jakąkolwiek wiedzę o tym, co działo się na czwartym piętrze po zdaniu pomieszczeń? Skąd wzięły się tam meble? – spytał Witczak.
– Zmienił pan wszystkie zamki. Nie zginął panu zapasowy klucz, albo ktoś go pożyczał? – rzucił Hif.
– Nie miałem żadnej wiedzy, co działo się na czwartym piętrze. W ogóle tam nie bywałem. Dam namiar na ślusarza, może on … – Ilu było chętnych na pomieszczenia biurowe na czwartym piętrze? Ilu zainteresowanym pan je pokazywał i kiedy?
– Czy nie zostawił pan sobie kluczy do lokalu?
– Niech pan się lepiej zastanowi!
Zmęczyli go. Wiman, skołowany, jak twierdził, niewiele pamiętał. Ogłoszeń nie dawał, miał gęstą sieć znajomych i liczył, że w ten sposób znajdzie najemców. Policjanci nie znaleźli podstaw do zatrzymania, ale zabronili mężczyźnie opuszczać miasto.
– Nie wierzę facetowi – oznajmił Tymański. – Kłamie.
– Cyna, dowiedz się w urzędzie miasta, jaka tam była inspekcja i znajdź jej obecną lokalizację – poprosił Zero. – Idę pogadać z Malicką.



Malicka została w swoim gabinecie sama. Zadzwoniła do Wacka Maluty, dowódcy zespołu pracującego nad sprawą Rosołowskiej i zażądała wyników. Tak samo, jak w przypadku Witczaka, zagrała mu na ambicji, twierdząc, że grupa Zera jest już na tropie. Wykonała jeszcze trzy takie telefony, dotyczące aktualnie prowadzonych spraw, po czym zaczęła się zastanawiać, co zrobić na obiad. Po krótkiej analizie zawartości lodówki wpadła na pomysł dania, którego dość dawno nie robiła a wymagało piętnastu minut pracy. Następnie zapisała w komórce przypomnienie, aby w drodze do domu kupić ser i brokuły, zdjęła botki i oparła stopy na biurku.
Odruchowo sięgnęła po torebkę, szukając paczki papierosów i zapalniczki. Zamiast tego wyjęła test ciążowy, wykonany rano. Piąty z kolei. Spóźniła się jej miesiączka, czekała, czekała, aż kupiła sześć testów w aptece. Z Piotrem nie mieli dzieci, to znaczy, owszem, mieli je, w planach, rozkoszną dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Ale nie teraz. Z drugiej strony, zastanawiała się, czemu odkładać ciążę, czemu czekać i na co? Zresztą w ręku miała dowód, jeden z pięciu, a niedługo sześciu, że oto życie postawiło ją i męża przed faktem dokonanym. I co niby teraz mieli zrobić?
Z drugiej strony bała się reakcji Piotra. Czy weźmie ją w ramiona, jak dobrzy mężowie w filmach? Okręci kilka razy wokół siebie, śpiewając i tańcząc? Nie. Dorota obawiała się, że nie. Piotr był zapracowany, robił karierę w tej nowozałożonej agencji antykorupcyjnej. Była to dla niego wielka szansa. Wracał do domu tylko na krótki sen, o piątej rano już go nie było. Zdarzało się, że wyjeżdżał nagle do jednej z kilku delegatur w kraju, na parę dni. Rozumiała go. Kariera. Z drugiej strony, brak czasu dla rodziny miał swoje konsekwencje. Oddalali się od siebie. Coraz częściej łapali się na kłopotliwym milczeniu. Na początku ich związku brak słów nigdy nie był problemem. Piotr był małomówny, ale wynagradzał to czułością i seksem. Teraz ich współżycie przypominało nocne zapasy, bardziej sposób na odreagowanie stresu niż wyznanie miłości. Malicka stała więc przed problemem. Powinna mu powiedzieć. Nie wiedziała tylko, kiedy i jak. I nie miała pojęcia jak zareaguje. Jej mąż. Piotr. Otarła rękawem łzę, która spłynęła z kąta oka do skrzydełka nosa.


– Gdzie Cyna? – rozejrzał się Zero.
– Pojechała po Bielską – wyjaśnił Hif..
–Skuterem?
– Powiedziałem, żeby się nie wygłupiała.
Wypili. Po cichu. W tajemnicy przed wszystkimi. Tymański i Witczak. Siedzieli w biurze całą noc, jedli byle co i byli zmęczeni. – Wiesz, że rozpoznają twarze? – szepnął Hif.
– Lesby?
– Krukowate. Są bystre. Budują narzędzia.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Witczak zapalił.
– Są płochliwe, a do tego niegłupie. Nie wlecą ot tak do mieszkania. Gołąb tego nie zrobi – Hif przeglądał wcześniej stronę internetową Wajraka. – A co dopiero wrona.
– Też tak mówiłem.
– Ale komunikują się – wyczytał Tymański. – Wzywają pomocy. Informują o znalezionej padlinie. Krzyczą wtedy „yell”.
– Yell, yell – powtórzył Witczak. – Słyszałeś to na balkonie?
– Nie, ale zastanawiam się… Pamiętasz, co znaleźliśmy w mieszkaniu?
– Tak i nigdy tego widoku nie zapomnę.
– Nie mówię o trupie.
– Ja też. Mówię o tej ilości ptasich gówien na podłodze.
Zadzwonił telefon na biurku.
– Słucham? Kto? – na twarz Witczaka wystąpiły czerwone plamy. Hif nie mógł uwierzyć własnym oczom.
– Niech czeka – poinstruował rozmówcę. Odłożył słuchawkę, zapalił.
– Kto dzwonił?
– Dyżurny. Nieważne. Co tam mówiłeś?
– Mówiłem o ptaku. Wronie, której butem złamałem kark, pamiętasz?
Witczak westchnął, jakby myślami był gdzie indziej.
– Pamiętam – przyznał.
– Nie mogła odlecieć. A może…
– No gadaj!
– Ktoś złamał jej skrzydło i zostawił sam na sam z klientem? Może wzywała pomocy i jednocześnie krzyczała „yell”?
– Gdzie mamy tą wronę?
– Cyna zbierała fanty.
– Dobra. Masz psa, ten pies pewnie ma weterynarza. Zadzwoń do niego i umów się na prześwietlenie. Tylko najpierw upewnij się, że masz ptaka.
– Mam. Z długą szyją.
– Prawdziwy sokół maltański – pokiwał głową Zero i zamknął za sobą drzwi.



Siedziała na krześle w poczekalni, naprzeciwko okna dyżurnego. Ładna brunetka z długimi nogami i sporym biustem. Małgorzata. Dlaczego tak po prostu nie mogli tworzyć normalnej pary? Dlaczego wszystko musiało być tak popieprzone?
Na jego widok wstała. Miała lekko zapuchniętą twarz, podkrążone oczy. A mimo to wciąż była atrakcyjna. W inny sposób niż Malicka. Nie chciał jej przytulić.
– Co się dzieje? – spytał.
– Chodzi o Gucia – wyjaśniła. Chłopak miał dwadzieścia lat i niedawno rzucił studia. Dla Witczaka był jak syn. Przez parę długich lat trudny syn. Kiedy Zero zaproponował Małgorzacie, żeby się wprowadziła, okazało się, że nie była sama. Dziesięciolatek od początku sprawiał problemy. Szalał w szkole i w domu. Nie potrafił opanować ataków agresji. Chodzili z nim do psychologa. W gimnazjum pochłonęły go komputery i trochę się uspokoił. Miał talent, potrafił włamywać się na rządowe strony internetowe i umieszczać sprośne rysunki na głównych witrynach urzędów. Po maturze poszedł na informatykę, ale dostał propozycję pracy w firmie programistycznej i olał wyższe wykształcenie. Ustatkował się.
– Dzwoniła jego dziewczyna, Klara. Gustaw zniknął.
– Może siedzi w pracy, albo nie wiem… Zapił? – wyszli przed budynek. Wcale nie podobało mu się, że przyszła do Pałacu. Nigdy tego nie robiła. Ktoś mógł ją rozpoznać. Zresztą, nikt nie wiedział, że mieszkali razem. Dla kolegów Zero był po prostu starym kawalerem.
– Zrób coś – poprosiła. Spojrzał na nią. Prawie z czułością. Kiedy ostatnio o coś go poprosiła? Była dumna, ale nie na tyle, żeby się wyprowadzić.
– Wynagrodzę ci to – obiecała.
– Powinienem pogadać z Klarą. – Co innego miał zrobić? Wysłać patrol? Gdzie? – Ale nie mam teraz czasu.
– Powiem jej, żeby zadzwoniła. Dobrze?
Pokiwał głową. „Wynagrodzę ci to” – mimo wszystko poczuł, że mu staje. Pożegnali się. Wrócił.